Moja tragedia zaczęła się tym, co się działo w Szkole Podstawowej nr 37 w Białymstoku, ul. Jaworowa 8. Jednostkami nadrzędnymi nad szkołami podstawowymi są: Kuratorium Oświaty i Urząd Miejski - Departament Edukacji.
Nic więc dziwnego, że pierwszymi instytucjami, do których się zgłosiłam z problemami ze szkołą - nauczycielami w szkole, były dwie instytucje:
- Kuratorium Oświaty w Białymstoku, ul. Rynek Kościuszki 9.
oraz
- Urząd Miejski w Białymstoku - Departament Edukacji., ul. Legionowa 7.
Tamtego czasu też, pierwszy raz usłyszałam o "nauczaniu domowym", lub "edukacji domowej", która daje możliwość nauki dzieciom w domu przez rodziców. I co najistotniejsze, w odróżnieniu od "nauczania indywidualnego", to rodzice sami uczą dzieci, lub organizują kogoś do nauczania swoich dzieci, a nie jest to nauczyciel ze szkoły, do której dziecko jest zapisane.
Teoretycznie w tamtym czasie można było zapobiec tragedii. A osoby z Kuratorium Oświaty w Białymstoku, do których się zwróciłam o pomoc, powinny zapobiec dalszemu rozwojowi wydarzeń, a w rezultacie dojścia do tej tragedii rodzinnej czyli zabrania moich dzieci do domu dziecka. Wyrwanie ich z domu rodzinnego. Niestety tak się nie stało. Przyczyny opiszę pokrótce poniżej.
Wybaczcie używanie bardziej urzędowego języka polskiego, ale żaden inny język nie był respektowany przez większość osób, z którymi rozmawiałam z wykształceniem pedagogicznym, a miały za zadanie mi pomóc. A chciałabym, żeby moja historia była przykładem tego, co trzeba zmienić w Polsce. Żeby tak się stało, tekst ten musi być również zrozumiały i uznany za wartościowy przez polskich pedagogów z urzędów polskich, żeby nie został "odrzucony" przez brak "formalnych" sformułowań na starcie. Przekleństw też nie będzie, chociaż tak jak całe życie do tej tragedii, nie używałam wulgaryzmów, tak po tych wydarzeniach, zabrakło polskich słów by wyrazić, co czułam.
Wracając do roli Kuratorium Oświaty w Polsce. W skrócie, można doczytać na oficjalnych stronach rządowych, że instytucja Kuratorium Oświaty ma za zadanie przede wszystkim nadzoru pedagogicznego nad placówkami oświatowymi, w tym szkołami podstawowymi. Prostymi słowami można to ująć tak. Coś się dzieje, i jest to wina nauczyciela, a dyrektor szkoły nie jest osobą, z którą chciałabyś / chciałbyś rozmawiać w tej sprawie, to odpowiednią osobą jest pracownik kuratorium oświaty.
Przynajmniej tak powinno być. Ale nie jest, co opiszę oficjalnie na moim przykładzie. Niestety niewiele mam dokumentów z tego czasu, bo zaczęłam dokumenty zbierać dopiero właśnie po jednej z wizyt w Kuratorium Oświaty w 2014 roku. I po dobrych radach pracowników, ale niestety nieoficjalnych. Bo te oficjalne rady nie okazały się już takie dobre.
I tym samym, nie mogę nie wspomnieć (to znaczy muszę wspomnieć - dla tłumaczenia w językach bez podwójnego przeczenia), o pewnej ironii w urzędach państwowych. Osoby, które były uczciwe i zależało im na dobru dzieci, miały zazwyczaj nieprzyjemności po tym, jak... pomogły mi w mojej sprawie. A to właściwie, cały ten system, osoby pracujące w tych instytucjach takich jak szkoły, przedszkola, kuratoria itp. pracują dla dzieci szkolnych. I ironią jest to, że tak powinna wyglądać pomoc, do tego powstało kuratorium oświaty, departament edukacji w urzędach. A jest odwrotnie, i takie pomaganie, z dobrymi radami i bez oglądania się na znajomości (i różne układy jak się później okazało) jest w tych urzędach piętnowane wewnątrz urzędów.
Zrozumieją mnie z pewnością i rodzice i nauczyciele, którzy są wysoko wrażliwi. Zazwyczaj takie osoby wiedzą, czy ktoś ma złe intencje, czują to bez wypowiadania tego słowami. Atmosfera czasem staje się nie do zniesienia, wiadomo, że coś się dzieje za czyimiś plecami. Powstają plotki, przykre komentarze, później jakieś nieprzyjemne sytuacje, czasem nawet rękoczyny. Ciężko jest udowodnić coś, co jest dwuznaczne, i nie jest na papierze. Niewiele osób jest odważnych wystąpić przeciwko społeczności nauczycielskiej, żeby nie być narażonym na podobne traktowanie i w konsekwencji wyrzucenie z pracy pod byle pretekstem. Szczególnie nieprzychylność współpracowników jest ciężka do zniesienia w szkołach. W tym wypadku innych nauczycieli. Takie osoby są między przysłowiowym młotem, a kowadłem. Często z braku perspektyw innej pracy zarobkowej lub też z wyboru nauczania dzieci z zamiłowania, dają mimowolnie przyzwolenie na to, jak są traktowani jako współpracownicy, a nie są na tyle odważni, żeby walczyć o swoje prawa w szkole. Nauczyciele tacy są zazwyczaj najbardziej lubiani przez uczniów. Wykluczając oczywiście nauczycieli z tak srogim podejściem do dzieci, że tworzy się efekt Sztokholmski, który to miałam niemiłą okazję obserwować w szkole nr 37.
Złożoność tego, co się dzieje w szkołach jest jednak niezrozumiała dla samych pedagogów. I moje wnioski, jakie kierowałam do Ministerstwa Edukacji w latach 2014 - 2018 w czasie mojej walki ze szkołami podstawowymi, zamiast pozytywnego efektu dały efekt przeciwny. Zaostrzono jeszcze ustawę o edukacji i nadano większy rygor rodzicom i uczniom. Tym powinno się zająć ustawodawstwo (Sejm i Senat) w Polsce. I moim zdaniem dlatego, między innymi, w szkołach był strajk nauczycieli w 2019 roku. A dobrego rozwiązania nie wypracowano do tej pory - luty 2020.
Moja walka na dokumenty zaczęła się w 2014 roku. Sytuacja wyglądała następująco. Moja najstarsza córka była w trzeciej klasie szkoły podstawowej, kiedy młodsza córka rozpoczęła zerówkę w tej samej Szkole Podstawowej nr 37, ul. Jaworowa 8 w Białymstoku.
O tym, jak ważny jest wybór szkoły dla dziecka opisałam tutaj:
https://legalkidnnaping.blogspot.com/2020/01/zerowka-jak-wazny-jest-wybor-szkoy.html
Zanim się zorientowałam, że przyczyną takiego zachowania moich córek są nauczyciele, dokładnie dwie zaprzyjaźnione ze sobą panie wychowawczynie z klasy III starszej córki i klasy "0" młodszej, minęło kilka miesięcy. Tak, że próby przejścia na nauczanie domowe i formalności z tym związane zaczęłam załatwiać dopiero po radach z Departamentu Edukacji Urzędu Miejskiego w Białymstoku oraz Kuratorium Oświaty w Białymstoku.
Oficjalnie jednak skargę na nauczycieli w Szkole Podstawowej w Białymstoku złożyłam znacznie później. A oto odpowiedź jaką otrzymałam z kuratorium.
Pozwolę sobie zacytować połowę odpowiedzi odnośnie tego, jak mnie potraktowało kuratorium, po tym, co opisałam ze szczegółami w październiku 2014 roku, może po zakończeniu spraw sądowych opublikuję również te dokumenty. Na dzień dzisiejszy nie mogę tego zrobić. Więc zamieszczę tylko osobisty komentarz.
Poniżej cytat z powyższego zdjęcia dokumentu - odpowiedzi na kolejne moje pisma z Kuratorium Oświaty w Białymstoku, ul. Kościuszki 9.
"(...)
Jednocześnie odkreślam, że przeprowadzone postępowanie wyjaśniające w przedmiotowej sprawie nie potwierdziło zarzutów Pani stawianych w stosunku do nauczycieli szkoły.
Zrozumiałym jest fakt, że jako rodzic dokłada Pani wszelkich starań i troski, aby dzieci czuły się w szkole bezpiecznie. Należy jednak zaznaczyć, że brak właściwej komunikacji, a w tym konstruktywnego rozwiązywania problemów nie będzie pomocne w wyjaśnianiu nieporozumień oraz sporów, a także może mieć ujemny wpływ na asymijację córek w środowisku rówieśniczym.
Proszę więc o podjęcie refleksji, a także nawiązanie właściwej, wszechstronnej współpracy z kadrą placówki do której dziewczynki obecnie uczęszczają.
Wyrażam nadzieję, że dołoży Pani wszelkich starań, aby Pani córki realizowały we właściwy sposób obowiązek szkolny, do czego jest Pani zobowiązana (zgodnie z art. 18 ust. 1 pkt 2 7 ustawy z dnia 7 września 1991 r. o systemie oświaty (Dz. U. z 2004 r. Nr 256, poz. 2572, z późn. zm.)."
Podpisano - Wicekurator Oświaty, pani Wiesława Ć.
Tak też, jak na oficjalnej stronie internetowej Szkoły Podstawowej Nr 37 było zaznaczone, współpraca z Kuratorium Oświaty w Białymstoku była nie tylko zadowalająca. Była porażająco doskonała. Tyle, że na szkodę dzieci i rodziców tejże szkoły w tym i mnie i mojej rodziny.
Śmiem twierdzić, że obie panie się znały z czasów szkolnych, a wspomniane "postępowanie wyjaśniające" odbyło się przy przysłowiowej kawie. Pomijając to, że nauczyciele ze szkół, w tym i dyrektorzy spotykają się na szkoleniach organizowanych z Kuratorium Oświaty.
Moim zdaniem, nie powinno to mieć miejsca.
Dalszą refleksję zostawiam czytelnikom.
Jak bardzo byłam wstrząśnięta po otrzymaniu takiej odpowiedzi, chyba nie muszę pisać. Szczególnie po tym, że opisałam naprawdę dokładnie zdarzenia w szkole, po których wysłuchaniu, prawnik z darmowej porady prawnej, polecił mi iść z tym na Policję, żeby ukarać nauczycielki odpowiednio. W tamtych latach na Policję nie poszłam, obawiałam się, że dodatkowe przesłuchania córeczek z tymi, którymi je straszono - policją i zabraniem przez sąd - tylko pogorszy i tak rozwijającą się fobię szkolną.
Następny wpis będzie o pomocy z Biura Rzecznika Praw Dziecka.
Nic więc dziwnego, że pierwszymi instytucjami, do których się zgłosiłam z problemami ze szkołą - nauczycielami w szkole, były dwie instytucje:
- Kuratorium Oświaty w Białymstoku, ul. Rynek Kościuszki 9.
oraz
- Urząd Miejski w Białymstoku - Departament Edukacji., ul. Legionowa 7.
Tamtego czasu też, pierwszy raz usłyszałam o "nauczaniu domowym", lub "edukacji domowej", która daje możliwość nauki dzieciom w domu przez rodziców. I co najistotniejsze, w odróżnieniu od "nauczania indywidualnego", to rodzice sami uczą dzieci, lub organizują kogoś do nauczania swoich dzieci, a nie jest to nauczyciel ze szkoły, do której dziecko jest zapisane.
Teoretycznie w tamtym czasie można było zapobiec tragedii. A osoby z Kuratorium Oświaty w Białymstoku, do których się zwróciłam o pomoc, powinny zapobiec dalszemu rozwojowi wydarzeń, a w rezultacie dojścia do tej tragedii rodzinnej czyli zabrania moich dzieci do domu dziecka. Wyrwanie ich z domu rodzinnego. Niestety tak się nie stało. Przyczyny opiszę pokrótce poniżej.
Wybaczcie używanie bardziej urzędowego języka polskiego, ale żaden inny język nie był respektowany przez większość osób, z którymi rozmawiałam z wykształceniem pedagogicznym, a miały za zadanie mi pomóc. A chciałabym, żeby moja historia była przykładem tego, co trzeba zmienić w Polsce. Żeby tak się stało, tekst ten musi być również zrozumiały i uznany za wartościowy przez polskich pedagogów z urzędów polskich, żeby nie został "odrzucony" przez brak "formalnych" sformułowań na starcie. Przekleństw też nie będzie, chociaż tak jak całe życie do tej tragedii, nie używałam wulgaryzmów, tak po tych wydarzeniach, zabrakło polskich słów by wyrazić, co czułam.
Wracając do roli Kuratorium Oświaty w Polsce. W skrócie, można doczytać na oficjalnych stronach rządowych, że instytucja Kuratorium Oświaty ma za zadanie przede wszystkim nadzoru pedagogicznego nad placówkami oświatowymi, w tym szkołami podstawowymi. Prostymi słowami można to ująć tak. Coś się dzieje, i jest to wina nauczyciela, a dyrektor szkoły nie jest osobą, z którą chciałabyś / chciałbyś rozmawiać w tej sprawie, to odpowiednią osobą jest pracownik kuratorium oświaty.
Przynajmniej tak powinno być. Ale nie jest, co opiszę oficjalnie na moim przykładzie. Niestety niewiele mam dokumentów z tego czasu, bo zaczęłam dokumenty zbierać dopiero właśnie po jednej z wizyt w Kuratorium Oświaty w 2014 roku. I po dobrych radach pracowników, ale niestety nieoficjalnych. Bo te oficjalne rady nie okazały się już takie dobre.
I tym samym, nie mogę nie wspomnieć (to znaczy muszę wspomnieć - dla tłumaczenia w językach bez podwójnego przeczenia), o pewnej ironii w urzędach państwowych. Osoby, które były uczciwe i zależało im na dobru dzieci, miały zazwyczaj nieprzyjemności po tym, jak... pomogły mi w mojej sprawie. A to właściwie, cały ten system, osoby pracujące w tych instytucjach takich jak szkoły, przedszkola, kuratoria itp. pracują dla dzieci szkolnych. I ironią jest to, że tak powinna wyglądać pomoc, do tego powstało kuratorium oświaty, departament edukacji w urzędach. A jest odwrotnie, i takie pomaganie, z dobrymi radami i bez oglądania się na znajomości (i różne układy jak się później okazało) jest w tych urzędach piętnowane wewnątrz urzędów.
Zrozumieją mnie z pewnością i rodzice i nauczyciele, którzy są wysoko wrażliwi. Zazwyczaj takie osoby wiedzą, czy ktoś ma złe intencje, czują to bez wypowiadania tego słowami. Atmosfera czasem staje się nie do zniesienia, wiadomo, że coś się dzieje za czyimiś plecami. Powstają plotki, przykre komentarze, później jakieś nieprzyjemne sytuacje, czasem nawet rękoczyny. Ciężko jest udowodnić coś, co jest dwuznaczne, i nie jest na papierze. Niewiele osób jest odważnych wystąpić przeciwko społeczności nauczycielskiej, żeby nie być narażonym na podobne traktowanie i w konsekwencji wyrzucenie z pracy pod byle pretekstem. Szczególnie nieprzychylność współpracowników jest ciężka do zniesienia w szkołach. W tym wypadku innych nauczycieli. Takie osoby są między przysłowiowym młotem, a kowadłem. Często z braku perspektyw innej pracy zarobkowej lub też z wyboru nauczania dzieci z zamiłowania, dają mimowolnie przyzwolenie na to, jak są traktowani jako współpracownicy, a nie są na tyle odważni, żeby walczyć o swoje prawa w szkole. Nauczyciele tacy są zazwyczaj najbardziej lubiani przez uczniów. Wykluczając oczywiście nauczycieli z tak srogim podejściem do dzieci, że tworzy się efekt Sztokholmski, który to miałam niemiłą okazję obserwować w szkole nr 37.
Złożoność tego, co się dzieje w szkołach jest jednak niezrozumiała dla samych pedagogów. I moje wnioski, jakie kierowałam do Ministerstwa Edukacji w latach 2014 - 2018 w czasie mojej walki ze szkołami podstawowymi, zamiast pozytywnego efektu dały efekt przeciwny. Zaostrzono jeszcze ustawę o edukacji i nadano większy rygor rodzicom i uczniom. Tym powinno się zająć ustawodawstwo (Sejm i Senat) w Polsce. I moim zdaniem dlatego, między innymi, w szkołach był strajk nauczycieli w 2019 roku. A dobrego rozwiązania nie wypracowano do tej pory - luty 2020.
Moja walka na dokumenty zaczęła się w 2014 roku. Sytuacja wyglądała następująco. Moja najstarsza córka była w trzeciej klasie szkoły podstawowej, kiedy młodsza córka rozpoczęła zerówkę w tej samej Szkole Podstawowej nr 37, ul. Jaworowa 8 w Białymstoku.
O tym, jak ważny jest wybór szkoły dla dziecka opisałam tutaj:
https://legalkidnnaping.blogspot.com/2020/01/zerowka-jak-wazny-jest-wybor-szkoy.html
Zanim się zorientowałam, że przyczyną takiego zachowania moich córek są nauczyciele, dokładnie dwie zaprzyjaźnione ze sobą panie wychowawczynie z klasy III starszej córki i klasy "0" młodszej, minęło kilka miesięcy. Tak, że próby przejścia na nauczanie domowe i formalności z tym związane zaczęłam załatwiać dopiero po radach z Departamentu Edukacji Urzędu Miejskiego w Białymstoku oraz Kuratorium Oświaty w Białymstoku.
Oficjalnie jednak skargę na nauczycieli w Szkole Podstawowej w Białymstoku złożyłam znacznie później. A oto odpowiedź jaką otrzymałam z kuratorium.
Pozwolę sobie zacytować połowę odpowiedzi odnośnie tego, jak mnie potraktowało kuratorium, po tym, co opisałam ze szczegółami w październiku 2014 roku, może po zakończeniu spraw sądowych opublikuję również te dokumenty. Na dzień dzisiejszy nie mogę tego zrobić. Więc zamieszczę tylko osobisty komentarz.
Poniżej cytat z powyższego zdjęcia dokumentu - odpowiedzi na kolejne moje pisma z Kuratorium Oświaty w Białymstoku, ul. Kościuszki 9.
"(...)
Jednocześnie odkreślam, że przeprowadzone postępowanie wyjaśniające w przedmiotowej sprawie nie potwierdziło zarzutów Pani stawianych w stosunku do nauczycieli szkoły.
Zrozumiałym jest fakt, że jako rodzic dokłada Pani wszelkich starań i troski, aby dzieci czuły się w szkole bezpiecznie. Należy jednak zaznaczyć, że brak właściwej komunikacji, a w tym konstruktywnego rozwiązywania problemów nie będzie pomocne w wyjaśnianiu nieporozumień oraz sporów, a także może mieć ujemny wpływ na asymijację córek w środowisku rówieśniczym.
Proszę więc o podjęcie refleksji, a także nawiązanie właściwej, wszechstronnej współpracy z kadrą placówki do której dziewczynki obecnie uczęszczają.
Wyrażam nadzieję, że dołoży Pani wszelkich starań, aby Pani córki realizowały we właściwy sposób obowiązek szkolny, do czego jest Pani zobowiązana (zgodnie z art. 18 ust. 1 pkt 2 7 ustawy z dnia 7 września 1991 r. o systemie oświaty (Dz. U. z 2004 r. Nr 256, poz. 2572, z późn. zm.)."
Podpisano - Wicekurator Oświaty, pani Wiesława Ć.
Tak też, jak na oficjalnej stronie internetowej Szkoły Podstawowej Nr 37 było zaznaczone, współpraca z Kuratorium Oświaty w Białymstoku była nie tylko zadowalająca. Była porażająco doskonała. Tyle, że na szkodę dzieci i rodziców tejże szkoły w tym i mnie i mojej rodziny.
Śmiem twierdzić, że obie panie się znały z czasów szkolnych, a wspomniane "postępowanie wyjaśniające" odbyło się przy przysłowiowej kawie. Pomijając to, że nauczyciele ze szkół, w tym i dyrektorzy spotykają się na szkoleniach organizowanych z Kuratorium Oświaty.
Moim zdaniem, nie powinno to mieć miejsca.
Dalszą refleksję zostawiam czytelnikom.
Jak bardzo byłam wstrząśnięta po otrzymaniu takiej odpowiedzi, chyba nie muszę pisać. Szczególnie po tym, że opisałam naprawdę dokładnie zdarzenia w szkole, po których wysłuchaniu, prawnik z darmowej porady prawnej, polecił mi iść z tym na Policję, żeby ukarać nauczycielki odpowiednio. W tamtych latach na Policję nie poszłam, obawiałam się, że dodatkowe przesłuchania córeczek z tymi, którymi je straszono - policją i zabraniem przez sąd - tylko pogorszy i tak rozwijającą się fobię szkolną.
Następny wpis będzie o pomocy z Biura Rzecznika Praw Dziecka.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz